Filmowanie aparatem. Filtry artystyczne. Konserwacja sprzętu

W trakcie poprzednich lekcji odkrywaliśmy tajniki aparatów cyfrowych - i mamy nadzieję, że wiedza ta przyczyniła się do podniesienia poziomu wykonywanych przez Ciebie zdjęć. Teraz natomiast pragniemy w ramach „mocnego zakończenia” opowiedzieć o kilku aspektach pracy z lustrzankami i bezlusterkowcami, o których mówi się rzadko, albo też przeciwnie – będących od pewnego czasu tematami gorących dyskusji z zakresu cyfrowych technik rejestracji obrazu, które zapewne jeszcze dość długo pozostaną przedmiotem rozmów.

Zaczniemy od trybu filmowania, czyli funkcji, która na przestrzeni minionych lat przeszła ogromną ewolucję - od mało istotnego dodatku, do jednego z najistotniejszych trybów pracy – zarówno modeli bardziej jak i mniej zaawansowanych. Następnie przejdziemy do tematu filtrów artystycznych, które przez część użytkowników lustrzanek i bezlusterkowców są uwielbiane, podczas gdy inni najchętniej w ogóle nie uznawaliby ich istnienia. Przedstawimy też źródła zasilania aparatów oraz możliwości poprawienia ich wydajności, opowiemy więcej na temat funkcji bezprzewodowych i nauczymy poprawnie dbać o sprzęt i czyścić go. 

Filmowanie aparatem – dlaczego cieszy się tak dużą popularnością i na co pozwala?

 

Funkcje rejestrowania materiału wideo w aparatach cyfrowych są dostępne od dawna. Przez wiele lat były one jednak tylko zabawką i ciekawostką obecną wyłącznie w aparatach kompaktowych i tak naprawdę niezagrażającym „poważnym” kamerom wideo. Jednak począwszy od premiery pierwszych bezlusterkowców oraz od wprowadzenia do sprzedaży lustrzanki Canon EOS 5D Mark II (premiera w połowie 2008 roku) funkcja filmowania stała się jednym z największych hitów tego przemysłu.

 

Aby zamienić cyfrową lustrzankę w kamerę filmową czasem nie wystarczy tylko tryb wideo. Potrzebny może być dodatkowy osprzęt. Z drugiej strony obecnie każdy aparat – nawet prosty korpus z obiektywem typu kit – wystarczy do kręcenia sekwencji ujęć. Wszystko zależy od tego, jaki efekt chcemy osiągnąć i jakie są nasze wymagania.

 

Co takiego niesamowitego mogą zaoferować zaawansowane aparaty cyfrowe z wymienną optyką pasjonatom kręcenia filmów, a nawet zawodowym filmowcom? Tak naprawdę bardzo wiele: możliwość filmowania za pomocą kamery z wymienną optyką i ogromnym (jak na standardy wideo) przetwornikiem obrazu za niewielki ułamek ceny, jaką trzeba zapłacić za cyfrową kamerę 35 mm kusi prawie wszystkich – od fotoamatorów i fotoreporterów ślubnych, przez realizatorów reklam i filmowców niezależnych, aż po wielkie nazwiska wprost z Hollywood. Alternatywę dla lustrzanki lub bezlusterkowca z dobrze rozwiązanym trybem wideofilmowania stanowią z jednej strony w miarę przystępne cenowo zaawansowane kamerki amatorskie i kamkordery półprofesjonalne typu reporterskiego (matryca kalibru najczęściej nieprzekraczającego 1/3" cala i stała optyka), a z drugiej strony znacznie droższe modele z wymienną optyką i matrycami formatu APS-C, Super 35 mm, bądź też 35 mm. Natomiast gdzieś daleko, poza możliwościami finansowymi przeciętnego śmiertelnika znajdują się konstrukcje w pełni profesjonalne, kosztujące (bez osprzętu i optyki) więcej, niż niezłej klasy samochód. Dodatkowo lustrzanki i bezlusterkowce odznaczają się stosunkowo niewielkimi rozmiarami, co pozwala użyć ich tam, gdzie nie zmieści się kosztująca fortunę i ważąca 5 kg (plus obiektyw) CineAlta.

 

Bezlusterkowce marki Panasonic należące do systemu Mikro Cztery Trzecie były jednymi z pierwszych aparatów cyfrowych, w których tryb wideo potraktowano naprawdę poważnie. Po dziś dzień ich funkcjonalność w tym zakresie można traktować za wzór dla innych producentów. (Fot. Panasonic)

 

Osoby pragnące spróbować swoich sił w amatorskim filmowaniu na wysokim poziomie czeka jednak niełatwe zadanie. Przede wszystkim aparat cyfrowy z wymienną optyką jest w większości przypadków tylko (aż?) aparatem cyfrowym i możliwość rejestracji ujęć wideo stanowi w nim najczęściej wartość dodatkową. I choć w ostatnich latach bardzo wiele w tej kwestii zmieniło się na lepsze, to ciągle jeszcze trafić można na aparaty, w których opcja wideofilmowania została rozwiązana tak bardzo „po macoszemu”, że równie dobrze mogłoby jej nie być. Ponadto ergonomia aparatu cyfrowego najczęściej nie jest projektowana z myślą o filmowaniu, lecz o fotografowaniu. Wprawdzie krótkie ujęcia, czyli tzw. migawki to nie jest wielki problem, ale już o dłuższym kręceniu z ręki na poziomie profesjonalnym bez specjalnego stelaża najlepiej od razu zapomnieć. Miejscem lustrzanki czy bezlusterkowca przełączonych w tryb wideo prawie zawsze będzie statyw, monopod, stedicam lub inna tego typu pomoc. Rynek zresztą już dawno dostrzegł ten problem i można na nim znaleźć liczne akcesoria tworzone specjalnie z myślą o „filmujących fotografach”, takie jak choćby recenzowany na łamach serwisu SwiatObrazu.pl statyw i głowica Manfrotto Photo-Movie.

 

 

Podstawowe ograniczenia wiążą się jednak z funkcjonalnością wideo lustrzanek i bezlusterkowców, która w poszczególnych modelach aparatów potrafi być bardzo zróżnicowana.

 

Aparat jako kamera może spisywać się bardzo dobrze, przeciętnie lub kiepsko. Może też oferować użytkownikowi możliwości, z jakich zadowolony będzie tylko zupełny amator, albo zawierać funkcje wymagane przez użytkowników ambitnych.

 

Na co więc powinien zwrócić uwagę potencjalny wideofilmowiec, rozważając użycie swojego aparatu w charakterze kamery i na jakie pytania powinien sobie odpowiedzieć?

 

Pierwszą filmującą lustrzanką z prawdziwego zdarzenia był zaprezentowany w 2008 roku Canon EOS 5D Mark II. Jego możliwość rejestrowania ujęć wideo w formacie 1080/30p, dodatkowo jeszcze wzbogacona o możliwości manualnej kontroli ekspozycji wraz z aktualizacją oprogramowania wewnętrznego (firmware) sprawiła, że po raz pierwszy aparat DSLR stał się obiektem pożądania dla licznych rzeszy filmowców. I choć dzisiaj możliwości te nie wydają się niczym niezwykłym, to właśnie one wyznaczają moment przełomu dla twórców cyfrowego wideo. (Fot. Charles Lanteigne / Wikipedia)

 

 

Zarówno nowoczesne aparaty jak i te nieco starsze na ogół umożliwiają filmowanie w formacie FullHD 1080p, czyli rozdzielczości 1920×1080 z zapisem progresywnym (pełnymi klatkami) - na ogół właśnie w takiej rozdzielczości będziemy chcieli pracować. Z kilkuletnimi konstrukcjami może już nie być tak dobrze, szczególnie, że najważniejszy jest tak naprawdę klatkarz, czyli szybkość z jaką film jest rejestrowany. W tej ostatniej kwestii przyjąć można dosyć prosty schemat: ujęcia nagrywane z prędkością 24 klatek na sekundę mają charakter produkcji kinowej, 25 lub 30 kl/s – filmu telewizyjnego (mało wprawne oko nie rozróżni od siebie tych trzech formatów), natomiast materiał nagrywany z prędkością 50 lub 60 kl/s jest idealny do rejestrowania wydarzeń i imprez sportowych.

 

Wydarzenia sportowe cechują się dużą dynamiką i do ich rejestrowanie tryby 50 i 60 kl./s nadają sie optymalnie. Z kolei dla niezależnych produkcji filmowej taki klatkarz to za dużo – nagranie w takim formacie kojarzyć się będzie z telewizyjnym reportażem lub kiepską telenowelą. (Fot. Blosterblu)

 

Aparaty fotograficzne z wymienną optyką mogą oferować w tym względzie mniejszy lub większy wybór. Wiele z nich może np. tryby zapisu z prędkością 50/60 kl./s zapewniać tylko dla formatu HD (1280×720 pikseli), natomiast dla FullHD oferować klatkarz o połowę mniejszy. Na szczęście coraz rzadziej spotyka się już przypadki, gdy jakiś aparat oferuje zapis w części formatów tylko z przeplotem (oznaczany literą „I” – skrót od ang. Interlace), ale i takie sytuacje niekiedy jeszcze mają miejsce. Jeżeli więc zobaczymy, że nasz sprzęt dysponuje np. opcją zapisu w rodzaju 1080/50i, to powinniśmy mieć świadomość, że obróbka takiego materiału i prezentowanie go w Internecie może nastręczyć kłopotów (zapis z przeplotem przeznaczony jest bowiem dla ekranów telewizyjnych, a jego montaż wymaga specyficznych umiejętności).

 

Bardziej zaawansowane tryby zapisu, takie jak 4K, czy nagrywanie filmu odtwarzanego w zwolnionym tempie (np. z prędkością 120 lub 240 kl./s) pojawiają się natomiast w aparatach sporadycznie, a korzystanie z nich bywa obwarowane licznymi ograniczeniami. Często też, żeby je poznać, należy się dokładnie wczytać w instrukcję obsługi.

 

 

Kupując aparat wielu z nas zwraca sporą uwagę na autofokus – zarówno aparatu jak i obiektywów, których chcemy używać. I bardzo słusznie. Filmowanie również stawia przed układem regulacji ostrości w korpusie i jego optyką pewne wymagania, których spełnienie przez sprzęt jest kluczowe dla powodzenia realizowanych nagrań. Jednak z uwagi na pewne różnice pomiędzy zdjęciami a filmem wymagania te są nieco inne. Mniej liczy się prędkość, a bardziej bezgłośna praca (szczególnie podczas korzystania z mikrofonu wbudowanego w aparat lub przytwierdzonego do niego, ponieważ konstrukcje takie rejestrują różnego rodzaju szmery przenoszone przez tworzywo), płynność podczas zmiany ostrości z jednego planu na drugi oraz to, aby aparat podczas poruszania nim nie gubił filmowanego obiektu.

 

Mała głębia ostrości oferowana przez lustrzanki i bezlusterkowce to dla wideofilmowca korzyść, ale i wyzwanie. Autofokus takiego aparatu podczas filmowania nie ma prawa „uciekać” ani gubić się na kilka sekund. (Fot. Peter Mooney)

 

Z tych powodów najważniejsze kwestie do rozważenia w związku z tym tematem to: czy autofokus aparatu (z używanymi przez nas obiektywami) pracuje cicho, płynnie, czy nie przejawia tendencji do gubienia i szukania filmowanego obiektu (znany dobrze z wielu aparatów i kamer efekt „pływania ostrości”) oraz czy istnieje możliwość wymuszenia na komendę ustawienia ostrości we wskazany punkt. Ta ostatnia opcja bardzo przydaje się również wówczas, gdy ostrość ustawiamy manualnie (tzw. przeostrzenie).

 

 

Aparaty cyfrowe to nie do końca kamery wideo i jest tak głównie ze względów opłat celnych, które w wielu państwach (m.in. wszystkich krajach UE) są wyższe dla kamer. Jednym z kryteriów jest czas trwania pojedynczego ujęcia, który dla aparatów fotograficznych z funkcją filmowania nie powinien przekraczać 29 minut i 59 sekund – powyżej tej granicy urządzenie traktowane jest już jak pełnoprawna kamera wideo.

 

Dlatego właśnie ujęcie trwające prawie pół godziny jest przez elektronikę aparatu fotograficznego automatycznie przerywane.

 

Filmując sceny przygotowane w oparciu o pewien scenariusz rzadko będziemy tworzyć długie, wielominutowe ujęcia. Co innego reportaże, pamiątki z wyjazdów czy imprez rodzinnych – tutaj „kręcenie do oporu” jest czymś normalnym. Musimy jednak uważać, aby automat przerywający ujęcie po upływie zadanego czasu nie zepsuł nam jakiejś kluczowej sceny. (Fot. Jökull Auðunsson)

 

Warto zauważyć, że pod tym względem obecna sytuacja i tak jest znacznie lepsza niż jeszcze kilka lat temu, kiedy to ze względów technicznych (nagrzewanie się urządzeń, problemy z zasilaniem itd.) czas trwania pojedynczego ujęcia bywał ograniczany do 10-15 minut lub nawet bardziej.

 

Obecnie problemy te w zasadzie wyeliminowano i ograniczenia spotyka się bardzo rzadko, choć w niektórych modelach nagrywających materiał w formatach MOV, MP4, AVI i innych zakładających wykorzystanie pojedynczych plików może pojawić się ograniczenie związane z maksymalną objętością pliku (najczęściej 4 GB).

 

 

Niektóre aparaty pozostawiają w tym względzie pełną swobodę, w innych natomiast proces regulacji ekspozycji przed i w trakcie filmowania jest utrudniony. Ekspozycja może być np. dziedziczona po ustawieniach trybu fotograficznego i jej zmiana wymagać będzie przerwania filmowania i wznowienia go ponownie. Jest to dość częsty przypadek w mniej zaawansowanych aparatach, a szczególnie lustrzankach Nikona (jak już wspominaliśmy wielokrotnie, tryb Live View tego producenta rozwiązany jest bardzo specyficznie, a filmowanie jest tak naprawdę specyficznym rodzajem pracy z LV).

 

Mniej doświadczeni wideofilmowcy rzadko biorą pod uwagę możliwość zmiany stopnia oświetlenia sceny w połowię ujęcia, która może mieć charakter skokowy lub odbywać się płynnie. Jednak doświadczenie uczy, że sytuacje takie występują często i dobrze byłoby mieć możliwość zareagowania na to. Tymczasem aparat nie zawsze na to pozwala i może pojawić się problem. (Fot. katattack)

 

Możliwość swobodnej zmiany ekspozycji podczas filmowania oraz w samym trybie wideo (jeśli nasz aparat takowym dysponuje, ponieważ coraz częściej filmujące lustrzanki i bezlusterkowce nie dysponują dedykowanym trybem pracy, a jedynie przyciskiem REC rozpoczynającym i kończącym nagrywanie, co jest rozwiązaniem intuicyjnym i pod wieloma względami lepszym) daje dużo korzyści: można szybko dopasować ustawienia do sytuacji oświetleniowej, zareagować na zmianę sceny lub oświetlenia, a także stosować wiele interesujących technik efektowych.

 

Na co zatem warto zwrócić szczególną uwagę? Przede wszystkim, czy w trybie filmowania działają mechanizmy korekty ekspozycji i Auto ISO oraz czy wszystkie tryby ekspozycji (P, A, S, M i inne) są dostępne w równym stopniu. Czy regulacja przysłony i migawki możliwa jest zawsze i w pełnym zakresie, czy też występują tutaj jakieś obostrzenia. Czy aparat udostępnia funkcję histogramu na żywo podczas filmowania oraz ew. dodatkowych opisywanych już na łamach poprzednich lekcji narzędzi diagnostycznych. I wreszcie czy możesz ufać ocenie ekspozycji ujęcia na podstawie tego, co oglądasz na wyświetlaczu LCD, a jeśli nie, to w jakich sytuacjach.

 

 

Nie jest tajemnicą fakt, iż mikrofony montowane w aparatach nie są najwyższej jakości i oferują dźwięk co najwyżej przyzwoity. Jednak gdy mamy możliwość podłączenia zewnętrznego rejestratora dźwięku sprawy przedstawiają się już znacznie lepiej. Ale aby naprawdę myśleć o filmowaniu, aparat (podobnie jak zwyczajna kamera) powinien dysponować funkcją regulowania natężenia nagrywanego dźwięku, aby uniknąć tzw. przesterów. Inaczej konieczny będzie dodatkowy, zewnętrzny sprzęt nagrywający.

 

Producenci niektórych lustrzanek z trybem wideo szybko zrozumieli, czego potrzebują osoby filmujące aparatami DSLR i zaoferowali dla swoich produktów firmowe mikrofony kompatybilne z lustrzankami i wyposażone w możliwość zamontowania na firmowej stopce lamp błyskowych. Oczywiście ich pomysł nie jest niczym nowym i już od dawna z powodzeniem sprawdza się w światku wideo. (Fot. Nikon)

 

Nowoczesne aparaty z wymienną optyką coraz częściej wyposażane są w funkcje nie tylko automatycznej, ale też manualnej kontroli rejestrowanego dźwięku oraz analizatory głośności działające z poziomu menu, a niekiedy też na wyświetlaczu w trybie Live View. Również złącza mikrofonowe (najczęściej typu mini jack) stają się powoli standardem w konstrukcjach zaawansowanych i półprofesjonalnych, a niektórzy producenci oferują dla swoich najważniejszych modeli również całe przystawki przedwzmacniaczowe ze złączami XLR i regulacją mocy dźwięku.

 

Pod tym względem bezustannie dokonuje się w tej branży wyraźny postęp, a pojedynczy mikrofon mono w korpusie lustrzanki nagrywający dźwięk z jakością dyktafonu należy już do przeszłości.

 

Jednym z najlepszych (o ile nie najlepszym) filmujących aparatów bezlusterkowych na świecie jest Panasonic LUMIX DMC-GH4. O jego zastosowaniu w charakterze kamery wideo producent myślał na tyle poważnie, że przygotował dla niego nawet specjalną, profesjonalną przystawkę zawierającą komplet złączy XLR oraz SDI, dedykowane narzędzia do kontroli poziomu rejestrowanego dźwięku i liczne narzędzia pomocnicze. Niestety moduł ten kosztuje więcej, niż sam korpus. (Fot. Panasonic)

 

Bardzo przydatnym, a jednocześnie rzadko spotykanym w filmujących aparatach elementem funkcjonalnym może też być gniazdo słuchawkowe. Tylko bowiem zapewniając sobie bezpośredni odsłuch tego, co jest nagrywane przy filmowaniu dowiemy się z całą pewnością, czy rejestrowany dźwięk jest naprawdę czysty.

 

Niestety bardzo niewiele aparatów cyfrowych dysponuje tym elementem.

 

 

Minuta nagrania w formacie 1080p rejestrowanego przy parametrze bitrate wynoszącym 24-28 Mbit/s (najczęściej spotykana wartość dla nagrań wysokiej jakości) zajmuje około 200 megabajtów dla samego obrazu. Jeżeli teraz uświadomimy sobie, że dziesięć minut gotowego filmu wymaga od czterdziestu minut do godziny surowego materiału filmowego do zmontowania, to okazuje się, że dwie lub trzy karty o pojemności 16 lub jeszcze lepiej 32 GB to na początek naszej filmowej kariery tak naprawdę minimum.

 

Kolejna sprawa to wydajność tych kart. Tu już sprawa jest dość prosta i dla większej przejrzystości posłużymy się nomenklaturą stosowaną dla najpopularniejszego obecnie formatu, czyli Secure Digital. Do spokojnego wykonywania nagrań w formatach 1080p wystarczą nośniki o wydajności Class 6, choć oczywiście Class 10 nam w niczym nie zaszkodzi. Jeżeli jednak zechcemy (i będziemy mieli możliwość) nagrywać filmy w formacie 4K, to tu już maksymalna na chwilę obecną klasa wydajności UHS Speed Class III (pięciokrotnie wydajniejsza od Class 6 i trzykrotnie wydajniejsza od Class 10) jest wymogiem bezwzględnym.

 

 

Ci z Was, którzy bardziej interesują się tematem filmowania aparatami i kamerami cyfrowymi z wymienną optyką, z pewnością choć raz zetknęli się z pojęciem obiektywu do filmowania.

 

Zeiss Planar T* 85mm f/1.4 ZF.2 (po lewej) to obiektyw fotograficzny będący prawie konstrukcją filmową i spełniający większość wymagań stawianym tego typu sprzętowi (zwłaszcza po dokonaniu kilku drobnych usprawnień. Kosztuje nieco poniżej 1300 dolarów. Drogo? To co powiecie na jego prawdziwie kinematograficzny odpowiednik Arri / Zeiss 85mm Ultra Prime Planar T1.9? Cena – jedyne 13 280 dolarów. (Fot. Zeiss)

 

Czym on jest, co go charakteryzuje, a przede wszystkim dlaczego potrafi kosztować więcej niż najlepsze nawet systemowe szkło fotograficzne – mimo iż jest to prawie zawsze konstrukcja pozbawiona nawet napędu AF? Postaramy się tę kwestię opisać tu bardzo pokrótce i przy jednym wstępnym założeniu: większość osób filmujących swoimi lustrzankami i bezlusterkowcami raczej nie odczuje potrzeby sięgnięcia po obiektywy cine (jak się je nazywa), a jeśli będzie miało kiedyś okazję, to z dużym prawdopodobieństwem zniechęci się do ich używania – jest to bowiem sprzęt trudny w obsłudze.

 

Obiektywy filmowe to konstrukcje zarówno stało-, jak i zmiennoogniskowe (zawsze o stałej jasności i niewielkiej rozpiętości ogniskowych) o bardzo wysokim poziomie wykonania. Wszystkie ich elementy sterujące, a więc mechanizmy regulacji ostrości, ogniskowej i przysłony (zawsze mają prawdziwy pierścień przysłony) wykonane są z metalu i z użyciem smarów zapewniających długotrwałą płynną pracę. Ich konstrukcja optyczna w trakcie produkcji zawsze podlega starannej kalibracji, a dla obiektywów typu zoom opracowywana jest tak, aby szkło nigdy nie zmieniało odległości ostrzenia podczas regulowania ogniskowej (tzw. konstrukcja parafokalna) – znajdźcie dzisiaj obiektyw fotograficzny projektowany z dbałością o ten szczegół.

 

Ta sama zasada działa w drugą stronę: układ optyczny obiektywu filmowego nie ma prawa zmieniać nawet w niewielkim stopniu długości ogniskowej podczas ostrzenia, co dla szkła czysto fotograficznego jest w zasadzie normalne.

 

Jednymi z nielicznych wyjątków od reguły głoszącej, że obiektywy kinematograficzne kosztują potworne pieniądze są niektóre konstrukcje marki Samyang. Przykładowo cena sugerowana modelu Samyang V-DSLR 16mm T2.2 ED AS UMC CS wynosi około 1600 złotych, a samo szkło dostępne jest w wersjach dla wszystkich popularnych systemów DSLR i MSC. (Fot. Samyang)

 

Do tego dochodzi sama praca mechanizmów kontrolnych: system kontroli przysłony działa nie skokowo, lecz płynnie (takie są wymagania filmowców), zakres obrotu pierścienia ostrości jest o wiele większy, aby zwiększyć precyzję pracy z układami follow focus (mechanizmy zapewniające operatorowi możliwość bardzo, ale to bardzo płynnego i precyzyjnego ostrzenia manualnego). Sam obiektyw filmowy najczęściej wyposażany jest zresztą firmowo w zębatkę na pierścieniu ostrości współpracującą z takimi mechanizmami. Nawet jasność takiego szkła oblicza się w nieco inny sposób, bo z uwzględnieniem stopnia przepuszczalności światła przez soczewki (tzw. skala T). Wszystko po to, aby materiał rejestrowany za pomocą dwóch różnych obiektywów filmowych dawało się ze sobą bezproblemowo montować.

 

 

Jeżeli jednak nie udało nam się zniechęcić Was do planów podbicia Hollywood, to bardzo dobrze. Niewygody związane z pierwszymi próbami filmowania lustrzanką szybko wynagradzane są niesamowitą jakością i plastyką zarejestrowanego w ten sposób materiału, zwłaszcza gdy podłączymy do aparatu wysokiej jakości jasny obiektyw stałoogniskowy zapewniający niską głębię ostrości.

 

Wideo jest dzisiaj wszechobecne. Jeśli chcesz, jako twórca cyfrowych obrazów, pozostać na topie, musisz nauczyć się filmować – tak przynajmniej twierdzi wielu specjalistów w branży. Co ciekawe, wiele nawet bardzo zaawansowanych produkcji coraz częściej powstaje z wykorzystaniem nie kamer, lecz właśnie aparatów cyfrowych z wymienną optyką i rozbudowanym trybem wideo. Zdjęcie powyżej przedstawia moment z planu na którym realizowano teledysk. (Fot. Garry Knight)

 

Żadna kamera amatorska ani półprofesjonalna nie może się z tym równać – co do tego nie ma wątpliwości. Pamiętajcie tylko, że filmowanie to naprawdę nie to samo co robienie zdjęć i nawet doświadczony fotograf podczas swoich pierwszych prób z kamerą wideo odkrywa, że większości rzeczy musi uczyć się od zera.

Tryby artystyczne i inne nietypowe narzędzia fotograficzne

 

Tak zwane filtry artystyczne to kolejna – po trybach auto, kreatywnych (PASM) i programach tematycznych – pozycja na pokrętle głównym nowoczesnego korpusu lustrzankowego i bezlusterkowego, która w ostatnich latach stała się wręcz obowiązkową w wyposażeniu aparatu (czasem tylko zamiast na korpusie, ukrywana jest w menu). Na pozór podobne do wspomnianych i opisanych już programów tematycznych, w rzeczywistości różnią się od nich praktycznie wszystkim. No, może poza tym, że i jedna i druga lista jest w nowoczesnym aparacie mocno rozbudowana.

 

Kolekcja narzędzi zebranych w obrębie trybu Art w aparatach bezlusterkowych Olympus PEN od samego początku istnienia zyskała szerokie grono miłośników zamieniania zwykłych elementów codziennego życia w odrealnione, a czasem nawet abstrakcyjne obrazy. (Fot. Jarosław Zachwieja)

 

 

Czym właściwie są filtry artystyczne i kiedy pojawiły się po raz pierwszy? Ponownie jest to narzędzie, które swoje istnienie w światku aparatów fotograficznych z wymienną optyką i popularność zawdzięcza bezlusterkowcom – a konkretnie pierwszemu Olympusowi z rodziny PEN, modelowi E-P1. Rozwijane i podchwytywane przez kolejnych producentów rozprzestrzeniło się ostatecznie na bardzo szeroki zakres modeli aparatów cyfrowych.

 

Pierwotnie używana wówczas nazwa "filtry artystyczne" (inni producenci oczywiście starali się wymyślić coś własnego, aby się wyróżnić) całkiem dobrze opisuje istotę narzędzia: jest to bowiem biblioteka algorytmów cyfrowej obróbki obrazu, mających za zadanie nadać wykonywanym zdjęciom określony charakter. Ich sposób działania był bardzo zróżnicowany – mogły np. zmieniać kolorystykę obrazu symulując efekt cross-process, dokonywać zaawansowanej konwersji do czerni i bieli w połączeniu z dodaniem silnego ziarna (efekt klasycznej fotografii czarno-białej), symulować zdjęcia wykonane aparatem typu lomo, zwiększać znacząco nasycenie barw i kontrast (Pop-Art), modyfikować kolorystykę oraz maksymalizować kontrast lokalny przy zachowaniu jak największej rozpiętości tonalnej sceny (efekt pseudo-HDR spotykany najczęściej pod nazwą Dramatyczna Tonacja) czy udawać efekt użycia obiektywu typu tilt-shift.

 

Listy filtrów artystycznych dostępnych w nowych modelach aparatów cyfrowych przyciągają uwagę bogactwem i różnorodnością. W najnowszych bezlusterkowcach marki Olympus lista ta już dawno przekroczyła 15 pozycji. (Fot. Jarosław Zachwieja)

 

Wszystkie te zabiegi łączył jeden wspólny mianownik: związane były wyłącznie z obróbką cyfrową obrazu, a nie ze zmianą działania narzędzi czysto fotograficznych, takich jak pomiar światła, parametry ekspozycji, czy tryb pracy migawki. Dlatego właśnie możemy zaryzykować twierdzenie, że Filtry Artystyczne mimo pozornego podobieństwa nie mają nic wspólnego z programami tematycznymi. Jeśli bowiem nawet jakiś producent włącza w wachlarz swoich filtrów również i takie, które łączą w sobie cechy programów tematycznych, to robi to całkowicie dobrowolnie.

 

Nie bez powodu mawia się, że zdjęcia konwertowane do postaci czarno-białej na poziomie aparatu nijak mają się do prawdziwych zdjęć BW. Wyjątkiem od tej reguły są filtry symulujące działanie klasycznych wysokoczułych filmów monochromatycznych implementowane w niektórych modelach lustrzanek i bezlusterkowców, które nie tylko działają doskonale, ale też oferują narzędzia pozwalające uzyskać np. efekt użycia tradycyjnych filtrów do fotografii czarno-białej, bez których uzyskanie wielu klasycznych już efektów nie byłoby możliwe. (Fot. Jarosław Zachwieja)

 

Fotoamatorzy szybko przekonali się, że za pomocą filtrów artystycznych mogą uzyskać z łatwością zupełnie niesamowicie wyglądające zdjęcia, nie znając się kompletnie na metodach ich tworzenia, a w wielu przypadkach nawet nie wiedząc, na czym polega siła danego efektu (tak jest z licznymi symulacjami efektu cross-process, który podoba się nawet tym, którzy nie mają pojęcia, na czym polegała ta technika w fotografii tradycyjnej). To z kolei doprowadziło do ich nadużywania i w konsekwencji uznania filtrów przez wielu bardziej doświadczonych fotografów za „narzędzie głupców”. Jednym z najpoważniejszych zarzutów kierowanych pod adresem tego narzędzia była jego zupełna bezobsługowość (a co za tym idzie brak jakiegokolwiek wpływu na efekt końcowy i duża wtórność zdjęć) oraz fakt, że osoby „zachłyśnięte” jego możliwościami przestają myśleć o samych fotografiach.

 

To jednak tylko jedna strona filtrów artystycznych – która może być prawdziwa, lecz wcale nie musi. Narzędzie to może być bowiem bardzo przydatne, jeśli tylko producent wdroży je z inwencją, a użytkownik aparatu twórczo wykorzysta.

 

Choć pełnoprawna symulacja efektu pokłonu uzyskiwanego za pomocą optyki tilt&shift cyfrowymi metodami jest trudna i raczej nie do końca osiągalna przy użyciu narzędzi działających automatycznie, to w wielu wypadkach użycie filtra Miniatura, mającego za zadanie odtworzenie na zdjęciu właśnie tego efektu przynosi zadziwiająco dobre rezultaty. (Fot. Jarosław Zachwieja)

 

Przede wszystkim nic nie stoi na przeszkodzie uczynienia filtrów konfigurowalnymi, co zależy tylko od ich projektantów. Dobrym przykładem są filtry stosowane w aparatach bezlusterkowych marki Olympus, gdzie znaleźć można zarówno „zabawki dla dzieci”, jak i narzędzia bardziej dojrzałe – do tej drugiej grupy niewątpliwie zaliczyć można filtr do fotografii czarno-białej, w którym można nie tylko znaleźć wersje o różnej dynamice tonalnej, ale też możliwość zasymulowania działania tradycyjnych filtrów barwnych (np. czerwonego do fotografii krajobrazowej lub pomarańczowego do portretowej), jak i znanych technik tonowania, takich jak sepia czy cyjanotypia. Jeszcze dalej w swoich aparatach potrafiła pójść firma Fujifilm, która wykorzystała tę technikę jako narzędzie służące do odtworzenia efektów związanych z użyciem trzech swoich najsławniejszych filmów tradycyjnych: velvii, provii i astii.

 

Wielu komentatorów wróżyło filtrom artystycznym krótki żywot, nawet jeśli jednocześnie doceniali efektowność ich działania. Traktowano je jednak (i po części nadal traktuje się) jako swego rodzaju ciekawostkę niegodną uwagi prawdziwego fotografa. Nie zmienia to jednak faktu, że obecnie, ponad 6 lat od ich pojawienia się, jest to element obecny w aparatach wszystkich marek. I choć nie wszyscy producenci jednakowo akcentują jego obecność w swoim sprzęcie na, to nikt też nie próbuje udawać, że takie narzędzie nie istnieje. A to, czy się z niego skorzysta, jak często i w jaki sposób powinno już zależeć od użytkowników.

 

 

Filtry artystyczne to oczywiście nie jedyne z ciekawych narzędzi cyfrowej kreacji obrazu obecnych w nowych modelach lustrzanek i bezlusterkowców. Każdy aparat ma swoje własne, bardzo często mocno unikalne funkcje, które warto znać. Niestety właśnie z powodu tej unikalności trudno opisać je w tekście o tematyce obejmującej wszystkie aparaty z wymienną optyką niezależnie od producenta. Podamy tu więc kilka przykładów.

 

Popularnymi obecnie funkcjami są niewątpliwie automaty składające zdjęcia i filmy z serii wykonanych zdjęć – takie jak HDR, wielokrotna ekspozycja, automatyczne panoramy, timelapse i inne tego typu narzędzia. Umożliwiają one łatwe wykonanie tego, co w normalnej sytuacji wymagałoby żmudnego planowania, precyzyjnej realizacji i złożonej obróbki za pomocą komputera. I co najważniejsze, realizują swoje zadanie bez użycia dodatkowych narzędzi.

 

Nowoczesne aparaty cyfrowe potrafią też bez większych problemów usuwać wiele wad obrazu i innych negatywnych dla fotografa zjawisk: aberracje, winietowanie, dystorsje, a ostatnimi czasy nawet zniekształcenia geometryczne wywołane niewłaściwym wypoziomowaniem aparatu. Jak już wspomnieliśmy, możliwości w tym zakresie jest bardzo dużo – należy tylko sprawdzić, czym dokładnie dysponuje nasz aparat.

 

Wielu z nas zna i lubi korzystać z trybu ekspozycji Bulb umożliwiającego naświetlanie jednej klatki przez dowolnie długi czas. Umożliwia to uzyskanie naprawdę niezwykłych efektów, szczególnie jeśli w grę wchodzi śledzenie ruchomych źródeł światła. Główny problem w tej technice polega na tym, że kompletnie nie wiemy, co pojawi się na zdjęciu, ani w jakim momencie najlepiej byłoby przerwać naświetlanie. Spotykany w niektórych aparatach bezlusterkowych (głównie marki Olympus i Sony) dość niesamowity tryb Live Bulb rozwiązuje ten problem, pokazując na bieżąco, jak wygląda rejestrowana przez aparat scena w danym momencie ekspozycji. Na ilustracji powyższej trzy zdjęcia przedstawiające artystę fire dance podczas występu wykonane przy użyciu tej funkcji zaimplementowanej po raz pierwszy w aparacie Olympus OM-D E-M5. (Fot. Jarosław Zachwieja)

Akumulatory, battery packi i pionowe uchwyty (gripy)

 

Zasilanie aparatu to ważny problem – wie o tym każdy, komu sprzęt choć raz odmówił posłuszeństwa w ważnej chwili z powodu rozładowania akumulatorów. Choć lustrzanki i bezlusterkowce w porównaniu do kompaktów i innych mniejszych cyfrówek wytrzymują na komplecie baterii dłużej (lustrzanki cyfrowe nawet znacznie dłużej), to wielu fotografów szuka sposobu na zwiększenie wydajności ich zasilania. I w wielu przypadkach sposoby takie istnieją, choć zależy to już w dużej mierze od używanego przez Was sprzętu.

 

Wiele modeli aparatów DSLR i bardziej zaawansowanych konstrukcji MSC można zaopatrzyć w dodatkowe pojemniki na baterie stanowiące jednocześnie uchwyt do zdjęć pionowych, czyli tzw. vertical grip lub po prostu grip. Po przykręceniu do gwintu statywu pojemnik taki staje się komorą mieszczącą nie jeden, lecz dwa standardowe akumulatory lub też – zamiennie – komplet baterii AA (z reguły sześciu lub siedmiu). W sprzyjających okolicznościach stosowanie gripa owocuje dwukrotnym wydłużeniem czasu pracy aparatu na jednym komplecie baterii i dodatkowo zapewnia zwiększony komfort podczas fotografowania aparatem ustawionym w pozycji pionowej. Niestety wyraźnie też zwiększa rozmiary i wagę całego zestawu.

 

Nawet jeśli nie mamy zamiaru zaopatrywać się w duży i ciężki grip (bądź też nasz aparat nie dysponuje takowym – choć tu już sytuacja nie jest taka pewna, ponieważ wielu producentów niezależnych oferuje tego typu akcesoria dla modeli aparatów, o których producent najwyraźniej zapomniał; nie zawsze jednak urządzenia takie sprawują się dobrze), to i tak zawsze dobrym pomysłem jest kupno jednego lub dwóch zapasowych akumulatorów.

 

Uchwyt pionowy (tzw. grip) nie tylko zapewnia łatwiejsze fotografowanie aparatem odwróconym o 90 stopni, ale też stanowi dodatkowy pojemnik na akumulatory lub baterie AA. (Fot. Olympus)

 

Nie zajmują one dużo miejsca w torbie, da się je szybko wymienić i w przeważającej części przypadków ich ładowanie można przeprowadzić podczas normalnego korzystania z aparatu. Wyjątkiem od tej ostatniej reguły jest sytuacja, gdy nasz aparat nie został wyposażony w zewnętrzną ładowarkę, ponieważ za ładowanie akumulatora odpowiada on sam – po podłączeniu do gniazdka prądu sieciowego lub złącza USB w komputerze. Jeśli tak jest w Waszym przypadku, to gorąco sugerujemy: rozeznajcie się, czy do Waszych modeli akumulatorów nie są dostępne opcjonalne ładowarki sieciowe. Najczęściej tak właśnie jest, a sprzęt tego typu nie jest specjalnie drogi i bardzo ułatwia życie.

 

Dobrze jest mieć zawsze pod ręką co najmniej jeden zapasowy akumulator. Nigdy nie wiadomo, ile czasu minie, zanim uda nam się naładować ten, którego używamy.

 

Zapasowe akumulatory należy nabywać oryginalne (nie są tanie, ale ich jakość nie podlega dyskusji) lub uznanych firm niezależnych, takich jak np. Hähnel. Dobrej jakości zamiennik nie powinien być tańszy niż 50-60% ceny modelu markowego, ani też nie powinien się od niego różnić pod względem deklarowanej pojemności.

 

Nie dajcie się nabrać na ogniwa kosztujące ułamek ceny oryginalnego, za to reklamowany jako dwu- lub nawet trzykrotnie pojemniejszy! Półki sklepowe i wirtualne katalogi sklepów czy aukcji internetowych pełne są tego typu „supertanich cudów”, które w najlepszym razie będą tylko nieco gorsze od oryginału, a w najgorszym zakończą swój żywot po niedługim czasie użytkowania wraz z aparatem – a prawdopodobnie okażą się po prostu niewiele wartym szmelcem. Jeśli troszczycie się o Wasz sprzęt, to zapewnijcie mu też odpowiedniej jakości bezpieczne źródło zasilania.

 

Na koniec tej części rozprawmy się z jeszcze jednym mitem: lustrzanki i bezlusterkowce (podobnie jak większość aparatów cyfrowych) zasilane są obecnie najczęściej akumulatorami litowo-jonowymi. Ogniwa te charakteryzują się brakiem tzw. efektu pamięciowego, co oznacza że można je swobodnie podładowywać nie obawiając się o spadek ich wydajności, a ponadto (wbrew opiniom nie znających się na rzeczy sprzedawców) nie jest konieczne ich tzw. formowanie, czyli trzykrotne ładowanie i rozładowanie do pełna przed rozpoczęciem normalnego korzystania.

 

Zima – jej akumulatory bardzo nie lubią, mimo iż nieużywane ogniwa najlepiej jest przechowywać właśnie w chłodzie. Jednak zasilanie bateryjne z którego pobierany jest prąd ochłodzone do niskiej temperatury bardzo gwałtownie traci swoją pojemność. Jak bardzo? A widzieliście kiedyś licznik stanu zasilania w Waszym aparacie odliczający procenty tak, jakby to był sekundnik? Przy temperaturze -15 stopni Celsjusza jest to całkiem możliwe. (Fot. Andy Coe)

 

Wręcz przeciwnie: ich pełne wyczerpanie, a zwłaszcza przechowywanie rozładowanych przez dłuższy czas prowadzi do ich stopniowej, lecz nieodwracalnej degeneracji. Dlatego więc lepiej raz na jakiś czas doładować je nawet wówczas, gdy aparat wskazuje jeszcze dość wysoki poziom sprawności.

 

Podobnie natomiast, jak wszystkie inne rodzaje akumulatorów, ogniwa litowo–jonowe przejawiają tendencje do bardzo szybkiej (na szczęście odwracalnej) utraty pojemności podczas użytkowania na mrozie. Pamiętajmy o tym wybierając się w zimowy plener i zawsze miejmy głęboko pod kurtką ukryty w cieple dodatkowy naładowany akumulator – tak aby nie okazało się nagle, że ten, który znajduje się w aparacie i który ładowaliśmy dzień wcześniej jest już prawie pusty.

 

Komunikacja bezprzewodowa – możliwości i korzyści

 

Przybliżyliśmy Wam wcześniej możliwości w zakresie zdalnego użytkowania aparatu. Dużo uwagi poświęciliśmy wówczas tematyce komunikacji bezprzewodowej jako najmłodszej, najciekawszej i dającej największe możliwości metodzie realizacji tego zadania. Wspomnieliśmy też jednocześnie, że sterowanie zdalne to tylko jedno z kilku zadań, jakie można realizować za pomocą umieszczanych od mniej więcej trzech lub czterech lat masowo w praktycznie wszystkich nowych modelach aparatów modułów Wi-Fi. Obiecaliśmy też wrócić do tego tematu i uzupełnić go o te informacje, co niniejszym właśnie czynimy.

 

Wi-Fi – ten symbol na korpusie aparatu cyfrowego nie dziwi już chyba nikogo. Nadajnik łączności bezprzewodowej w cyfrówce zapewnia spory potencjał możliwości, który warto wykorzystać.

 

 

Sama obecność w aparacie elementu odpowiadającego za bezprzewodowe połączenie z innym urządzeniem (albo chociaż możliwość podłączenia takiego urządzenia) lub całą siecią to warunek konieczny do tego, aby komunikacja bezprzewodowa mogła w ogóle nastąpić – to jest dosyć oczywiste. W przeszłości zadanie to realizowały przystawki opracowywane dla niektórych najbardziej zaawansowanych lustrzanek reporterskich, jednak ich funkcjonalność była bardzo ograniczona. W praktyce sprowadzała się jedynie do przesyłania zdjęć zaraz po wykonaniu do centralki (często był to wóz transmisyjny) mogącej pośredniczyć w dostarczeniu materiału do redakcji i szybkim jego opublikowaniu. Takie potraktowanie tematu nie mogło doprowadzić do żadnego przełomu i nikt nie upatrywał w nim takiej roli. Było to po prostu narzędzie usprawniające pracę nowoczesnego reportera pracującego w „gorącym” terenie.

 

Near Field Communication (NFC) to jeden ze standardów komunikacji zbliżeniowej, wykorzystywany w nowoczesnych aparatach fotograficznych do wstępnego nawiązywania połączenia z urządzeniem mobilnym, czyli tak zwanego parowania. Jest to bardzo wygodny system, lecz nie dla każdego – m.in. użytkownicy iPhone'ów muszą obyć się smakiem. (Fot. Panasonic)

 

Prawdziwy przełom nadszedł wraz z rewolucją mobilną – popularność smartfonów, tabletów, notebooków i innych urządzeń komunikujących się z otoczeniem za pośrednictwem wspólnego standardu bezprzewodowego pokazała, że rozwiązania tego typu sprawdzają się również tam, gdzie wcześniej nawet o nich nie myślano. To zapewne zmusiło konstruktorów do zadania sobie prostego pytania: a co dałoby włączenie do tej sieci również aparatów cyfrowych?

 

Zamontowanie w cyfrówkach modułu Wi-Fi było proste. Trudniejsze okazało się skłonienie użytkowników do tego, aby wypróbowali tę nową funkcjonalność. Kłopoty sprawiło już samo parowanie aparatu z drugim urządzeniem lub siecią lokalną. Tradycyjny sposób – poprzez włączenie nadajnika, wybór sieci i wpisanie hasła (bez klawiatury!) był mocno kłopotliwy i spotkał się ze zrozumiałym oporem. Lepszym pomysłem okazało się wykorzystanie technologii zbliżeniowej NFC, ponieważ dzięki niej do sparowania dwóch urządzeń wystarczyło ich zetknięcie ze sobą (nazywane niekiedy pieszczotliwie „głaskaniem”). Jednak ta technologia rodziła pewien problem: zgodność z technologią NFC musiały mieć zarówno aparat, jak i parowane urządzenie. Tymczasem nawet teraz nie jest to element powszechny – nie mają go np. popularne iPhone'y (poza modelem z numerem 6, lecz również tam jego funkcjonalność jest bardzo ograniczona i do naszych zastosowań się nie nadaje). Dlatego właśnie opracowane zostały też inne metody, w tym niektóre bardzo pomysłowe. Jedna z najciekawszych zakłada wykorzystanie popularnego systemu kodów QR. Aparat po włączeniu opcji parowania wyświetla kod graficzny zawierający wszystkie ustawienia połączenia, który należy zeskanować za pomocą aplikacji mobilnej wykorzystującej w tym celu aparat fotograficzny w smartfonie lub tablecie. Po zeskanowaniu cała procedura przeprowadzona zostaje automatycznie w przeciągu kilku sekund i połączenie jest gotowe do pracy.

 

Alternatywny dla NFC system szybkiego parowania z użyciem kodu QR wymaga od użytkownika jedynie urządzenia mobilnego z aparatem cyfrowym oraz odpowiedniej aplikacji – która tak czy inaczej jest niezbędna do zdalnej obsługi aparatu.

 

Obecnie problem parowania, czy też łączenia aparatu z całą siecią bezprzewodową ma całą masę prostych i intuicyjnych rozwiązań. Nie znaczy to oczywiście, że zawsze realizowany jest dobrze – istnieje wiele zupełnie nowych modeli aparatów, w których ten aspekt rozwiązano po prostu beznadziejnie. Zupełnie tak, jakby projektanci bardzo nie chcieli montować w aparacie modułu Wi-Fi, ale po prostu im kazano. Jeśli chcecie korzystać z łączności bezprzewodowej i jej zalet z przyjemnością, to unikajcie takiego sprzętu.

 

 

Mamy aparat fotograficzny połączony bezprzewodowo z siecią lokalną, komputerem, urządzeniem mobilnym lub dowolnym innym sprzętem domowym (np. telewizorem). Co teraz możemy za pomocą takiego zestawu zrobić? To również zależy od pomysłowości producentów naszego sprzętu fotograficznego. Poniżej przedstawiamy kilka pomysłów, na które wpadli i które zrealizowali projektanci najróżniejszych modeli lustrzanek i bezlusterkowców.

 

Zdalne wykonywanie zdjęć i filmowanie – o tym pisaliśmy sporo w jednej z wczesniejszych lekcji, więc nie ma się po co powtarzać. System obsługi aparatu na odległość jest ważną opcją wielu aplikacji mobilnych przygotowywanych przez producentów aparatów cyfrowych i jeśli zostanie dobrze przemyślany i wdrożony może być też piękną wizytówką dla całego systemu.

 

Zdalne przesyłanie zdjęć z aparatu do pamięci telefonu automatyczne, czy na życzenie? To już zależy od naszej decyzji i od funkcjonalności aplikacji mobilnej. (Fot. Panasonic)

 

Oglądanie fotografii i nagrań oraz tworzenie prezentacji – jedna z pierwszych opcji, jakie pojawiły się w aparatach po zaimplementowaniu w nich systemów komunikacji bezprzewodowej. Nie tylko ułatwiają one pokazanie zdjęć większemu gronu ludzi (nawet ekran smartfonu lepiej się do tego nadaje, niż wyświetlacz aparatu, o tablecie nawet nie wspominając), ale też pozwalają szybko wybrać, które zdjęcia pragniemy włączyć do takiej prezentacji. Korzyść jest obopólna: my kontrolujemy, co nasi odbiorcy zobaczą i wyeliminujemy kadry np. nieudane, wykonane w trybie seryjnym (a więc prawie identyczne) prywatne albo przeznaczone do dalszej obróbki, a oglądający nie będą się nudzić przerzucając setki mało interesujących ich fotografii. Niektóre aplikacje mobilne i oprogramowanie aparatu pozwala też na więcej, bo np. umożliwi przygotowanie udźwiękowionego pokazu slajdów do prezentacji na tablecie czy domowym telewizorze.

 

Publikowanie zdjęć i nagrań w Internecie – również jedna z pierwszych opcji wprowadzanych do aparatów z modułem Wi-Fi. Chcesz, aby zdjęcie wakacyjne jeszcze tego samego dnia trafiło na konto Facebooka, Flickra, galerii czy innego serwisu społecznościowego? Dzisiaj najczęściej nie będzie z tym żadnego problemu i nawet nie będziesz musiał w tym celu robić żadnych skomplikowanych operacji. Wprawdzie z dość oczywistych przyczyn funkcjonalność tego typu opcji ograniczona bywa do najpopularniejszych usług, ale bądźmy szczerzy: nie jest to raczej narzędzie dla ludzi umieszczających swoje prace z dala od głównego nurtu kanałów prezentacji.

 

Informacje na temat tego, gdzie wykonano zdjęcie, pozwalają wykorzystać obecnie również popularne programy fotograficzne takie jak Lightroom. Geotagi bardzo ułatwiają zarządzanie fotografiami, choć ich dodawanie do zdjęć nie zawsze przebiega automatycznie – niewiele aparatów wyposażonych jest w moduły GPS. Na szczęście technologie komunikacji bezprzewodowej potrafią nam pomóc.

 

Geotagowanie – niektóre aparaty nie dysponujące modułem GPS mogą mimo to umieszczać w wykonywanych przez siebie zdjęciach informacje na temat współrzędnych geograficznych miejsca, w których wykonano fotografie. Służy do tego specjalna opcja w aplikacji mobilnej, z którą połączony jest aparat. Jej zadaniem jest rejestrowanie bieżącego położenia urządzenia (tzw. tracking), a następnie wprowadzenie do zdjęć geotagów w oparciu o daty i godziny ich wykonania oraz zapisane informacje o przebytej trasie. Funkcja ta odznacza się naszym zdaniem ograniczoną przydatnością, ponieważ aby działała, system śledzenia naszej pozycji w smartfonie musi zostać uaktywniony odpowiednio wcześniej, a o tym trzeba po prostu pamiętać. Znacznie chyba lepiej, jeśli to aparat wyposażony jest w odbiornik GPS. No, ale chyba lepsze takie geotagowanie, niż żadne.

 

Obróbka zdjęć i nagrań zawartych na karcie pamięci – oczywiście aplikacje mobilne mają ograniczone możliwości w zakresie tego, co można robić ze zdjęciem, ale i tak potrafi być to bardzo interesujący zestaw funkcji. Może być to niewielka korekta, kadrowanie fotografii (prawie zawsze będzie tam opcja zmiany proporcji boków kadru w oparciu o formaty udostępniane przez aparat), a nawet nakładanie filtrów artystycznych. Ta ostatnia opcja może się przydać do szybkiego sprawdzenia, jak wyglądałoby dane zdjęcie, gdyby zostało wykonane z użyciem nieco innych narzędzi.

 

Przeglądanie zdjęć, wybór najlepszych, a następnie eksperymenty edycyjne za pomocą smartfonu – aparat może sobie leżeć na półce lub w torbie. Takie właśnie przyjemne zabawy umożliwiają nowoczesne aplikacje  zaprojektowane z myślą o bezprzewodowej współpracy urządzenia mobilnego z aparatem. Szkoda, że nie wszyscy producenci chcą dostrzec ten potencjał. (Fot. Olympus)

 

Drukowanie zdjęć – jeśli w sieci do której się podłączamy jest drukarka i oprogramowanie aparatu lub aplikacji mobilnej potrafi z niej skorzystać, to nic nie stoi na przeszkodzie wykonania na szybko kilku odbitek interesujących nas zdjęć. Proste, łatwe, przyjemne, a przede wszystkim skuteczne.

 

Tworzenie kopii zapasowych – czyli „szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie...”. Chyba tylko fotograf, który nigdy nie stracił ważnych dla siebie zdjęć może ignorować potrzebę wykonywania backupu danych. Odpowiednio zaprogramowany system oparty o możliwości łączności bezprzewodowej jest w stanie to zadanie nawet zupełnie zautomatyzować. A co najważniejsze kopia materiału z sesji może znaleźć się na osobnym napędzie dyskowym nawet kilka minut po zakończeniu sesji.

 

Inne funkcje – do tej grupy zadań zaliczyć można przede wszystkim pomysły zupełnie „niefotograficzne”, które bywają całkiem ciekawe i niekiedy nawet przydatne. Bo co powiedzielibyście na wysokiej jakości kamerę internetową do pilnowania dziecka i dyskretne sprawdzanie, co robi, czyli tzw. cybernianię? Niektóre aparaty cyfrowe oferują i takie funkcje.

 

 

Sam moduł Wi-Fi w aparacie to jednak nie wszystko. Po drugiej stronie musi być jeszcze coś, co się z naszą cyfrówką skomunikuje. Na przestrzeni ostatnich kilku lat producenci wypróbowali rozmaite kanały łączności i najwyraźniej doszli do wniosku, że nic nie przebija prostoty i skuteczności tego, co oferują nowoczesne systemy mobilne, czyli Android oraz iOS (system, pod kontrolą którego pracuje sprzęt marki Apple). A może to tylko lenistwo? Trudno powiedzieć. Grunt, że obecnie zadanie komunikacji z aparatem pracującym w trybie łączności bezprzewodowej niemal w całości zrzucony został na aplikacje mobilne. Jedynie część funkcji i to w nie wszystkich modelach aparatów obsługiwane są innymi kanałami komunikacyjnymi.

 

Tablet multimedialny to urządzenie mocno lekceważone przez „prawdziwych fotografów”. A jednak wszystko wskazuje na to, że to właśnie on będzie lub już teraz może być jednym z najlepszych akcesoriów dla naszego aparatu. (Fot. Apple)

 

A zresztą dlaczego miałoby być inaczej? Prawie każdy miłośnik technologii ma smartfon lub tablet i niejednokrotnie są to bardzo potężne urządzenia, odpowiadające pod względem możliwości i mocy obliczeniowej naszym komputerom domowym. Po co więc szukać dalej? Zwłaszcza, że obydwa te systemy dysponują własnymi kanałami dystrybucji oprogramowania w postaci wirtualnych marketów. Jeżeli więc interesuje kogoś, co jego wymarzony aparat oferuje w zakresie komunikacji bezprzewodowej, to zacząć powinien od przyjrzenia się opisowi przeznaczonej dla niego aplikacji mobilnej w sklepie iOS lub Androida. To da mu pewną orientację w temacie – również na temat tego, czy skorzystanie ze wspomnianych funkcji jest wygodne, czy też nie.

 

Czyszczenie i pielęgnacja sprzętu

 

Na sam koniec pragniemy jeszcze przekazać Wam kilka porad, które pozwolą przez długi czas cieszyć się idealnie działającym sprzętem. Aparaty cyfrowe z wymienną optyką nie należą wprawdzie do urządzeń szalenie delikatnych, niemniej jednak są one produktami elektroniczno-mechanicznymi i odpowiednie obchodzenie się z nimi są w stanie znacznie przedłużyć żywotność zarówno aparatu jak i obiektywu.

 

Zestaw do czyszczenia matryc lustrzanek i bezlusterkowców może się bardzo przydać w sytuacji, gdy do układu rejestrującego obraz w naszym aparacie pechowo przylgnęło coś tłustego i nie ma zamiaru się odkleić bez walki. Ostrożnie jednak z tymi narzędziami – można nimi łatwo uszkodzić aparat!

 

Największymi zagrożeniami dla cyfrowego aparatu fotograficznego od lat nieodmiennie pozostają wilgoć i pył. Oczywiście obydwa te elementy występują wszędzie wokół nas, jednak nie zawsze są zagrożeniem – jednak już np. niefrasobliwe rzucenie aparatu na koc podczas plażowania wiąże się z dużym ryzykiem tego, iż do wnętrza aparatu dostaną się drobiny wody, soli i piasku. Taka kombinacja z kolei potrafi być zabójcza zarówno dla części mechanicznych jak i układów elektronicznych. Nie chcemy przez to powiedzieć, że nie wolno Wam zabierać aparatu na plażę, jednak starajcie się, aby w momencie gdy nie jest on używany trafiał z powrotem tam, gdzie jest jego miejsce – do torby.

 

Jeżeli nawet mamy korpus i obiektywy, w których specyfikacji figuruje, że są to modele uszczelnione, to i tak pamiętajmy, że są to nadal dwa osobne urządzenia, które w pewnym miejscu się łączą i wcale nie muszą być tam hermetycznie szczelne. Z reguły zresztą nawet nie są, ponieważ cyrkulacja powietrza to element nieodzownie towarzyszący przesuwaniu się grup soczewek podczas regulowania ostrości i ogniskowej obiektywu. Większość obiektywów zawodowych pełną deklarowaną przez producenta szczelność uzyskuje zresztą dopiero w momencie przykręcenia do nich z przodu filtra ochronnego. Ponadto pełne zabezpieczenie sprzętu przed niekorzystnymi czynnikami zewnętrznymi wymaga zarówno uszczelnionego korpusu, jak i obiektywu, o czym dość często zapominają użytkownicy „wypasionych puszek” i tańszych szkieł (i vice versa).

 

Dobra torba fotograficzna lub plecak to najlepszy sposób na zabezpieczenie aparatu przed wilgocią, kurzem, pyłem lub śniegiem. (Fot. Lowepro)

 

Szczególnie trudnym okresem dla lustrzanek i bezlusterkowców – jak i dla innych modeli aparatów cyfrowych – jest zima. Przejście z pomieszczenia zimnego do ciepłego może spowodować kondensację na zimnych soczewkach pary wodnej, która na pewien czas uczyni fotografowanie niemożliwym. Aby temu zapobiec, nie wyjmujmy aparatu z torby natychmiast po przyjściu z zewnątrz, lecz odczekajmy nieco pozwalając mu się zagrzać. Nośmy też w torbie fotograficznej dwie lub trzy saszetki żelowe (tzw. silica gel) pochłaniające wilgoć. Pamiętajmy przy tym, że w okresie wzmożonej wilgotności powietrza i silnych zmian temperatur saszetki takie należy przeciętnie raz na dwa tygodnie wyprażyć kładąc na dwie lub trzy godziny na gorącym kaloryferze. Unikajmy też częstego przechodzenia z miejsc zimnych do ciepłych i z powrotem – kondensacja pary wodnej na soczewkach i częściach metalowych aparatu to pół biedy, ale w sytuacji, gdy wilgoć ta zamarznie, możemy doprowadzić do poważnych uszkodzeń wnętrza aparatu.

 

Niektóre zestawy do czyszczenia matryc lustrzanek zawierają specjalne szkło powiększające z podświetleniem, które ułatwia dostrzeżenie plam na matrycy aparatu oraz manipulowanie pędzelkiem czyszczącym w ciasnej i ciemnej komorze lustra. (Fot. Lenspen)

 

Obecnie praktycznie wszystkie już lustrzanki cyfrowe i bezlusterkowce dysponują – wzorem pierwszych aparatów DSLR Olympusa – układami czyszczącymi matrycę aparatu z kurzu. Warto jednak mieć świadomość, że „odkurzacze” te nie są w stanie poradzić sobie z drobinami tłustego kurzu przylegających do powierzchni matrycy. Jeżeli więc zobaczymy na naszych zdjęciach pojawiające się w tych samych miejscach blade plamki, może to znaczyć, że nasz aparat wymaga czyszczenia. Możemy czynność tę zlecić serwisowi lub przeprowadzić sami. Jednak jeżeli chcemy sami się za to zabrać, to upewnijmy się, że mamy do tego właściwe narzędzia – pracownicy serwisów fotograficznych są w stanie opowiedzieć niejedną pasjonującą opowieść o tym, jak to trafił do nich sprzęt zanieczyszczony lub też nawet uszkodzony w wyniku użycia niewłaściwych pędzelków i płynów „czyszczących”, takich jak spirytus salicylowy czy zanieczyszczony izopropanol - pozostawiające na matrycy gustowne białe smugi…

 

Szczególnym przypadkiem są tutaj bezlusterkowce – łatwiejsze zarówno do wyczyszczenia jak i zabrudzenia matrycy, a to za sprawą przetwornika obrazu umieszczonego bardzo blisko bagnetu, nieosłoniętego mechanizmem lustra (często tak naprawdę niczym nieosłoniętego, co widać wyraźnie w momencie zmiany obiektywu). Nie znamy wprawdzie sami żadnego przypadku dotknięcia palcem matrycy takiego aparatu w momencie zdejmowania lub zakładania obiektywu, ale z łatwością jesteśmy sobie w stanie wyobrazić taką sytuację. A efekty czegoś takiego będą bardzo przykre – zarówno dla sprzętu, jak i jego użytkownika.

 

Ćwiczenia do wykonania

1. Przejrzyj listę dostępnych w Twoim aparacie trybów wideo i zweryfikuj użyteczność każdego z nich. Odrzuć jako potencjalnie nieprzydatne wszelkie tryby zapisu z przeplotem (oznaczone literą „i”), a także te, w których przepływność danych (o ile jest podawana) wynosi mniej niż 17-20 Mbit/s. Pozostałe sklasyfikuj sobie według kryteriów zawartych w tej lekcji, aby w razie potrzeby wiedzieć, którego użyć.

2. Sprawdź, czy podczas filmowania w trybie M działa funkcja Auto ISO. Za najlepsze rozwiązanie możesz uznać sytuację, gdy aparat z konkretnymi ustawieniami czasu otwarcia migawki oraz wartości przysłony będzie usiłował na bieżąco tak dobierać czułość matrycy, aby w warunkach zmiennego oświetlenia 

3. Jeśli Twój aparat udostępnia narzędzie filtrów artystycznych, to wypróbuj każdy z nich i oceń przydatność tego mechanizmu do własnych potrzeb. Sprawdź, czy poszczególne filtry dysponują możliwością zmiany ustawień, czy też ich działanie jest zupełnie zautomatyzowane.

4. Sprawdź, jaką pojemność ma akumulator aparatu oraz ile zdjęć można za jego pomocą wykonać? Informacje na ten temat obliczone wg standardów konsorcjum Camera & Imaging Product Association dostępne są w instrukcji i specyfikacji technicznej każdego aparatu. Pamiętaj, że o ile dla bezlusterkowców za standard uznać można 330-350 kadrów, to już lustrzanka powinna bez problemu pozwalać wykonać od 800 do 1000 zdjęć bez potrzeby ładowania baterii.

5. Jeśli twój aparat dysponuje modułem komunikacji Wi-Fi, to sprawdź, jakimi możliwościami dysponuje jego standardowa mobilna aplikacja. Czy będzie ona dla Ciebie w jakimkolwiek stopniu przydatna?

6. Naucz się czyścić optykę aparatu i wykształć w sobie odruch regularnego sprawdzania czystości matrycy po sesji, w ramach której wymieniałeś obiektyw. Staraj się powstrzymywać przed usuwaniem zanieczyszczeń matrycy poprzez dmuchanie na nią, ponieważ bardzo łatwo w ten sposób niechcący napluć na przetwornik obrazu.

Na zakończenie

To już koniec naszej pierwszej wspólnej wędrówki po zawiłościach i tajemnicach skrywanych przez cyfrowe aparaty fotograficzne z wymienną optyką. Ale jednocześnie to dopiero początek poznawania prawdziwych możliwości sprzętu, który być może uważasz już za doskonale znany. Każdy model aparatu kryje bowiem w sobie własne tajemnice, których odkrycie często prowadzi do czerpania jeszcze większej przyjemności z robienia zdjęć niż dotąd. Mamy nadzieję, że nie tylko wzbogaciliśmy Twoją wiedzę, ale także rozbudziliśmy chęć dalszego jej rozwijania. 

Pamiętaj, że w ramach abonamentu Zrozumieć fotografię masz dostęp do wielu kursów, poświęconych kolejnym aspektom fotografii - czas wybrać kolejny.

Notka autorska

Przy tworzeniu kursu wykorzystano materiały, które napisał Jarosław Zachwieja, oraz zasoby serwisu swiatobrazu.pl. Fotografie ilustracyjne pochodzą z zasobów swiatobrazu.pl lub innych serwisów, udostępniających fotografie na licencji creative common (CC). 

X